kriss kross – jump vs. flirt a zdrada

6 luty 1992. małe cofnięcie w czasie. jakieś zaburzenia czasoprzestrzeni. może dlatego, że kawałek bardziej mi się kojarzy z latem 1992 niż zimą. miałem 13 lat. niecały. goście z Kriss Kross mieli 12 i 13. kto tego kawałka nie znał? no kto? no każdy znał. nawet w trójce grali jako propozycję na listę. nawet na krótko na listę weszło. ale zgredzi nie głosowali. szkoda.

„Jump” jest produkcyjnym arcydziełem. dowodem na to, że połączenie słodkich buzi chłopaczków z getta, z produkcją Jermaine Dupri, może stworzyć hicior na całym świecie. Kriss Kross wydeptali ścieżkę dla wielu kolejnych jak (Lil’) Bow Wow, którzy nagrywali później. w końcu nastolatki to dobry target muzyczny. szczególnie zbuntowane nastolatki. ja byłem grzecznie zbuntowanym nastolatkiem, który w szóstej klasie podstawówki wpadł na piciu piwa w toalecie w czasie szkolnej dyskoteki. do dzisiaj nie zapomnę wyrazu twarzy pani S., które z rozczarowaniem powiedziała, że po mnie się tego nie spodziewała. gdyby Pani S. spotkała mnie 10 lat później… może lepiej, że nie spotkała, nie lubię być przyczyną rozczarowań, w końcu bądź co bądź sympatycznych kobiet.

nie wiem czy pamiętacie ideę „mini playback show” – chodziło o to, że z podkładu leciała muzyka, a przedstawiciele młodzieży młodszej gibali się na scenie udając, że są Kriss Krossem, New Kids on the Block, Queen, Erasure (tak, ja). no więc ja byłem jednym z Kriss Krossów, drugim był kolega z klasy. kolega był lepszy. był niższy, miał lepiej rozłożony środek ciężkości. ja w mojej szczapowatości i koordynacji na poziomie patyczaka, ustępowałem. ale wygrywaliśmy. teraz kolega, sądząc po jego zdjęciach z portali socjalnych ma mniej włosów niż ja i brzuch piwny. dobrze mu tak 😉

———————————————

kilka tygodni temu spotkałem się ze znajomymi płci męskiej na klasycznej popijawie, połączonej z dyskusją o cyckach, tyłkach i innych szczegółach anatomicznych płci przeciwnej (oczywiście przesadzam, rozmawialiśmy jeszcze o defektach w urodzie każdego z nas, typowo męskie, rubaszne wbijanie sobie, którego kobiety nigdy nie zrozumieją). lajt motywem wieczoru stała się opowieść kumpla, który w ramach biznesu który prowadził udał się w centralną Polskę, żeby spotkać podobnych sobie biznesmenów. płci obojga. kolega jest żonaty. szczęśliwie. od dłuższego czasu (to ma znaczenie dla dalszej części opowieści).

w czasie imprezy wpadła mu w oko mniej więcej 10-12 lat młodsza kelnerka. z wzajemnością (przynajmniej tak sobie wmawia). dziewczę było podobno ładne. kolega jest przystojny. dodatkowo ze względu na uczestnictwo w spędzie, kelnerka wiedziała, że jest dobrze sytuowany. z resztą widać po nim. nie uznaje półśrodków. markowe ubrania, ładny i nietani zapach. i gest oczywiście. kolega z kelnerką flirtował. bezczelnie. chciał ją wyrwać do tańca, ale powiedziała, żeby zapytał najpierw jej kierownika. nie zgodził się (kierownik). mimo wszystko kolega był maksymalnie szczęśliwy, ponieważ był to jego pierwszy flirt od lat kilkunastu, kiedy jeszcze to chciało mu się flirtować z własną (wtedy przyszłą jeszcze) żoną.

podśmiewaliśmy się z niego, że doszedł do etapu, kiedy samo zdobywanie/flirtowanie sprawia mu większą przyjemność niż zaliczenie. też się podśmiewałem. dopóki nie zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie ma racji. etap flirtu jest fajny. to jest ten moment, kiedy budujemy swój wizerunek, w oparciu to co o sobie myślimy (albo chcemy myśleć). kiedy przemycamy niby przypadkiem swoje atuty i staramy się nie myśleć o defektach. odczuwamy przyjemne „ciepełko” wewnętrzne. podniecenie związane z ciekawością jak daleko możemy zajść i czy druga osoba nadaje na tych samych falach (zazwyczaj im więcej drinków, tym fale są bardziej wspólne).

flirt może później pójść dalej. przejść do rozmowy o tym, co lubimy… tu jest duże pole do popisu, zaczynamy od zainteresowań. potem jakieś mniej lub bardziej przypadkowe aluzje na tle cielesnym… taniec? zależy od okoliczności, ale pewnie czemu nie (no ok, w moim przypadku raczej nie). potem większa bliskość. niekoniecznie połączona z dotykiem, ale skoro już rozmawiamy o aluzjach, to czemu tematu nie pociągnąć dalej? do tego momentu jesteśmy zazwyczaj coraz bardziej nakręceni, coraz więcej wspólnych zainteresowań… coraz bliżej.

a potem… potem jest różnie. ale w gruncie rzeczy seks sam w sobie powoduje spadek tego napięcia. doszliśmy do pewnego punktu, osiągnęliśmy szczyt napięcia (to nie jest metafora orgazmu, chociaż oczywiście związane). wiemy już właściwie wszystko. następuje post-orgasmic chill. oczywiście poprzedzony przyjemnymi (nie zawsze) czynnościami. to jest ten moment, w którym w komediach faceci, którzy mają być z założenia źli, ubierają się i w popłochu uciekają tłumacząc jakimiś bzdurami.

i teraz moje pytanie… wracając do sytuacji mojego kolegi drogiego… w którym momencie flirtu zaczyna się zdrada? i czy zaczyna (abstrahując od seksu opisanego w ostatnim akapicie)? czy jeżeli zostajemy na fazie rozmów, błyszczących oczu, lekko wilgotnych ust i jednego guzika więcej odpiętego w bluzce, to jest ok czy już przekroczyliśmy granicę? i jeśli tak, to co to znaczy? że w domu jest kotlet schabowy a flirt to koktajl z krewetek albo mięciutka wołowina po kreolsku? lubię kotlety schabowe, nie lubię po prostu jeżeli muszę je jeść codziennie. pewnie tak samo miałbym z wołowiną albo krewetkami. w końcu „no matter how gorgeous she is, there’s a guy out there tired of putting up with her shit”. zawsze gdzieś to mam w tyle głowy. a propos seksu… lubię ten moment, kiedy jeszcze jest gęsia skórka 😉

16899582706_4d0e7901a0_k

(c) for Dan Rocha, downloaded from flickr.com.

arrested development – mr. wendal vs. zupa fasolowa

24 marca 1992. z punktu widzenia świata zewnętrznego mamy piękną wiosnę, z subiektywnego punktu widzenia jakby nieco gorzej i 13-latek (prawie) się postarzał. łoewa. w tym dniu premierę miał singiel grupy Arrested Development „Mr. Wendal”. Arrested Development to taka hiphopowa grupa, która gra taki ciut bardziej ambitny i radosny hh niż reszta kolegów i koleżanek. dużo odwołań do afrykańskich przodków i dużo plemiennych rytmów. czy to jest fajne? z perspektywy czasu niesie sporo nostalgii, ale czy teraz bym tego słuchał? nie sądzę. z kronikarskiego obowiązku kawałek zamieszczam i przypominam razem z drugim, tj. „People Everyday”, który także jest radosny, także plemienny i chyba jednak był ciutkę większym hiciorem.

oba kawałki to taki rap społeczny, tj. nakarmmy biedne dzieci w Afryce, wszyscy jesteśmy równi, walczmy z bezrobociem i biedą w USA. nie trafiło. w 1992 walczyliśmy z bezrobociem, biedą i nienakarmieniem dzieci w Polsce. mieliśmy swoich walczących raperów, ale o tym kiedyś. być może. w osobnym cyklu. poniżej teledyski, całkiem przyzwoicie nakręcone, ale dla mnie za etniczne. ju es ej jest lepsze jednak. poza tym nie oszukujmy się, temat głodowania w Afryce i bezrobocia w Stanach jest średnio medialny w tej chwili. no chyba, że jesteśmy Frankiem Underwoodem i wprowadzamy America Works.

——————–
w sobotę i niedzielę zrobiłem sałatkę z fasoli mung, tuńczyka, zieleniny i takich tam (tak, robiłem ją dwa dni). nic ciekawego. mam tak, że czytam-z-nie-do-końca-zrozumieniem. czasami. kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem. niech rzuci. więc w przepisie było napisane, żeby dodać 1,5 szklanki fasoli. odmierzyłem. wsypałem do garnka. zalałem wodą. wodę wypiło po 2 godzinach, więc dodałem, noc odczekałem. tak ma być. rano dolałem wody, fasolę ugotowałem. wyszło ok. z jednym zastrzeżeniem. w przepisie było 1,5 szklanki fasoli ugotowanej (to przeczytałem rano). ergo: zostałem z wuchtą fasoli ugotowanej (tak circa about 3 razy więcej niż potrzebowałem na sałatkę.

nic to. jestem twardy. jestem śląskim nieślubnym dzieckiem Karola Okrasy, Pascala Brodnickiego oraz Jamiego Olivera (taka impreza była, że powinienem się cieszyć że nie szczekam). wymyśliłem sobie zupę. zupa z założenia jest dobra. na wszystko.

google.com i szukamy. pierwszy link: „prosta zupa z fasoli mung”. bingo! lubię prosto. jestem facetem.  wchodzę na stronkę z telefonu (byłem tak leniwy, że nie chciało mi się podnieść mojego tyłka a la Mel Gibson at his best z kanapy). przepis zaczyna się dziwnie: jakieś pierdolenie o joginie, który był prawdopodobnie ekshibicjonistą, bo miał tylko jedną szatę, codziennie ją prał. ok, ale gdzie jest moja zupa? czytam dalej: jogin miał zgryz, bo mysz zaczęła mu żreć jedyną szatę. #smuteczek, a zupa? jogin myślał trzy dni i wymyślił, że przygarnie kota, ale ponieważ był biednym joginem (naciągane odwołanie do problemów trzeciego świata z początku posta), więc poszedł do pobliskiego miasta, gdzie dobrzy ludzie podarowali mu kota (ponieważ szanowali joginów ekshibicjonistów).

kot nie złapał myszy, gdyż generalnie miał totalny Zen na świat, był za to głodny. jogin myślał trzy dni, wrócił do miasta i dostał krowę (ja też tak chcę, bede joginę!). krowa załatwiła problem kota: po wydojeniu krowy, jogin miał mleko, wszarz się w końcu najedzony zamknął, mysz wpieprza szatę, kot śpi, krowa wkurwia jogina, bo muczy żeby ją wydoić. jestem po 5 minutach czytania i dalej ani słowa o pieprzonej zupie, ale jestem twardy. brnę.

po 10 minutach czytania jogin miał mysz, kota, krowę, żonę, gromadkę dzieci, oborę i totalny wkurw bo z rozrzewnieniem wspominał jak zajebiście było, kiedy jedynym jego problemem była mysz wpieprzająca jego ekshibicjonistyczną szatę.

przestałem czytać, bałem się że jogin umrze na trypra i będzie mi przykro. taki wrażliwy z natury jestem i bardzo mnie krzywda cudza kłuje. przepis znalazłem gdzie indziej, bez hinduskiej otoczki. kawa na ławę.

jakie są morały z tej historii?

1. tytuł dokumentu powinien odzwierciedlać jego treść (dzięki, Arnold!)
2. jak się za bardzo sfokusujesz na rozwiązywaniu małych nicnieznaczących problemów, wylądujesz z gromadką dzieci i krową, nie będziesz miał czasu na własne zainteresowania, a mysz Ci wszamie odzież (wszama?).
3. do teraz się zastanawiam po co ja to w ogóle czytałem.
 5839029060_d05e445d2c_b
 (c) for Paolo Neoz, downloaded from flickr.com.

a tribe called quest – scenario vs. moja koleżanka jest poetkom

styczeń 1992. w styczniu 1991 roku w ogóle i szczególe pizgało i było szaro i nieprzyjemnie. jak to w styczniu. to był 13-ty i jak się okazało pechowy rok mojej krótkiej egzystencji na planecie ziemia. kiedy miałem 13 lat, to miałem plan, że jak dozyję 30-tki to już starczy. patrząc na moich rodziców, ciągnięcie czegokolwiek poza 30-tkę pozostawiało wiele do życzenia. nawet z perspektywy 13-letniego smarkacza. mniej więcej w tym czasie zacząłem słuchać trójkowej listy przebojów, co było cool i łączyło się z nagrywaniem notowań na kasety magnetofonowe. a sprzęt miałem jak na tamte czasy wyczesany. radio Zodiak i magnetofon Radmor, który miał kilka potencjometrów, a przez radio, wykorzystywane jako wzmacniacz, moc była przenoszona na dwie kolumny 25-watowe wielkości komody mojej prababci. nagrywałem listę, nie wiedzieć po co, ale nagrywałem. chyba nigdy tych kaset później nie odsłuchałem. wiele rzeczy, których zacząłem robić nie skończyłem. tak trochę mam.

muzycznie: „Scenario” to kawałek A Tribe Called Quest, kawałek mnie się podoba. szczególnie ze względu na gościnny udział Busty Rhymesa, którego jestem szczerym i oddanym fanem od zawsze. a w szczególności od kawałka „Woo Hah”, który z pewnością kiedyś tutaj omówię. o ile dotrwam ;]. a Busta od kawałka „Scenario” właściwie rozpoczął swoją karierę solową. chociaż jeszcze wtedy występował pod szyldem „Leaders of the New School”. z kolegami. teraz mu się utyło, tak, że w zeszłym roku na rozdaniu nagród Bet TV wyglądał jak ktoś kto zjadł siebie samego i zagryzł Biggiem. dobrobyt, heh?

w teledysku gościnne migawki zaliczają Spike Lee, De La Soul, Brand Nubian, Fab 5 Freddy i Redman. i jeszcze jakiś interfejs który niebezpiecznie przypomina Workbencha z Amigi. ach… młodość. i jeszcze kawałek jest uznawany powszechnie za rapowy klasyk. koniec tematu.

———————————————–

jakoś tak się utarło, że poniedziałkowy post-weekendowo-apokaliptyczny nastrój połączony z generalnym przed-tygodniowym-zlewem skutkuje najciekawszymi rozmowami w męskim gronie. wprowadzeniem do tej uroczej konwersacji na niezmiennym poziomie było:

a) zmiana obrazka w samczym czacie skajpowym na tą panią (wcześniej była Ewa Sonnet, więc jeśli ktoś jest w temacie, to mniej więcej może sobie zwizualizować jakie mamy wspólne zainteresowania):

b) link z joemonstera ze zdjęciem trzech półnagich panien młodych, z których, jak to Łysy zauważył:

Łysy:

Czemu ta z największymi cyckami musi być jak zawsze najbrzydsza z twarzy?

MC (byłem zrezygnowany, przypominam o poniedziałku): 

Wciąż bangable.

Łysy:

Zapomniałem, że my nie mamy standardów innych niż: “są cycki, jest ruchanie”.

Wątły:

Ale to wciąż dobre standardy. Warto mieć standardy.

MC (nie chciałem się wdawać w dyskusje, przypominam o poniedziałku, tym bardziej, że to ja zmieniłem obrazek na modelkę z powyższego zdjęcia): 

To smutne, ale prawdziwe (standardy). Z innej beczki: W weekend moja ex zaprosiła mnie do znajomych na FB. No to zaakceptowałem, w końcu 4 lata do ogólniaka razem chodzilismy, a raz nawet… a nieważne co raz nawet, bydlęta jesteście i tak nie zrozumiecie prawdziwego uczucia.

Wątły (osoba o wyjątkowo wątłym [sic!] kręgosłupie moralnym):

„Jedzenie straciło smak, kolory pobladły, świat jest nudny i poczułeś to piekne staromodne uczucie, że wszystko straci sens jeśli jej nie przelecisz?”

MC:

I właśnie dlatego nie będę wchodził w szczegóły, Wątły, jesteś nie dość że wątły to jeszcze nędzny. No więc (zwróciłem się do pozostałych, intencjonalnie ignorując kanalię) laska zaprasza mnie do znajomych…

Łysy:

Ma dzieci?

MC:

Ma, dacie mi kurwa skończyć? Córka ma 16 lat, więc wkrótce, któryś z Was się będzie do niej ślinił, pedofile. Koniec…

Q: (obudził się po jakichś 5 minutach rozmowy)

Twoja ex ma profil na FB? Założyłeś profil swojej lewej ręce? Poważnie? Prawa nie jest zazdrosna?

MC:

7/10. Dawno Twoje usta nie wypuściły nic tak dobrego. Może razem z Strasburgerem założycie wędrowną trupę stand-up comedy? Huh?

Junior: (kolejny bystrzacha z IQ równym temperaturze pokojowej):

Chce się ruchać?

MC:

Nie, nie chce, po tym jak ją zaakceptowałem na FB, wysłała mi linka do kolejnej swojej strony na której występuje jako pisarka/poetka.

Junior:

Ha! Gaaaaaaaaaaaaay!

MC: 

[cytuję kawałek bełkotu o Żydach w latach 30 poprzedniego wieku z profilu koleżanki]

Q: (uparł się na profil mojej lewej ręki)

Stary, utnij sobie tę rękę… poważnie… jak doszedłeś do fragmentu, że Estera coś rozkłada, to miałem nadzieję, że nogi, a ta semicka kobieta rozkłada stragan i sprzedaje jakiś hochenmengel… wtf? Naprawdę, ludzie żyją z jedną ręką, będziesz wolniej płodził te swoje marketingowe bulszity, ale ile istnień uratujesz…

MC:

Ale cycki miała fajne…

Q: (udając że nie usłyszał):

Albo hak sobie założysz, tylko pamiętaj, żeby nie kręcić lewą później…

————————————-

coś się dzieje z ludźmi po 30-tce że szukają swojego miejsca na świecie i angażują się w różne czasem dziwne rzeczy. ktoś powiedziała, że jestem tępy, że nie rozumiem poezji koleżanki… dobrze mi z moją tępotą… jakiś czas temu przytuliłem ją i pokochałem miłością odwzajemnioną…

15738793147_49444eabd2_k

(c) for Dan Rocha, downloaded from flickr.com.

 

hammer – 2 legit 2 quit vs. best sex ever

5 listopada 1991. dwa tygodnie później, dalej jestem 12-letnim szczylem. ale tym razem fajne wideo. fajne jak na 1991. tak właściwie to taki mały filmik, w którym Hammer jest mianowany na syna chrzestnego Jamesa Browna. osobiście w teledysku. co my tu jeszcze mamy? mamy tłum czekający na Hammera. mamy plotki w programie informacyjnym, że Hammer kończy karierę. Browna ładującego w Hammera energią, która ma go pchać ku lepszemu jutru (jest taka odmiana w ogóle tego słowa?). mamy Hammera, który ma zdobyć rękawiczkę Michaela Jacksona, mamy Jacksona oddającego hołd Hammerowi za pomocą gestu symbolizującego, że jest on „2 Legit 2 Quit” (generalnie to i tak była ustawka z Jacksonem, bo wcześniej wszystko panowie ustalili przez telefon, więc jeśli był to beef, to całkowicie wyreżyserowany):

dodatkowo w teledysku występują następujący sportowcy: José Canseco, Isiah Thomas, Kirby Puckett, Jerry Rice, Rickey Henderson, Deion Sanders, Andre Rison, Wayne Gretzky, Chris Mullin, Roger Clemens, Roger Craig, Ronnie Lott, Lynette Woodard, Dallas Cowboys Cheerleaders, David Robinson, Jerry Glanville. jak dla mnie jest tu wszystko, co w 1991 roku mogło się znaleźć w teledysku do kawałka, który, moim zdaniem jest ojcem wszystkich bangerów. a nawet więcej, bo pełna wersja teledysku trwa ponad 14 minut.

——————————————–

ostatnio dostałem – zasłużoną, nie przeczę – zjebkę od kilku osób, że poziom spada. posypałem głowę popiołem, moja najmojsza mea culpa. siadłem i zacząłem się zastanawiać co jest nie tak. i przyznaję rację koleżance L., że zamiast pisać o sobie zacząłem dawać rady innym. niekoniecznie mając ku temu kwalifikacje (to już ode mnie, nie od koleżanki L., koleżanka L. ma w sobie na tyle taktu, że w ŻYCIU nie byłaby tak bezpośrednia). musiałem sobie dać trochę czasu, żeby znaleźć dystans do tego co piszę, stąd prawie dwa tygodnie przerwy.

kilka notek temu, dokładnie tu, pisałem o pamięci komórkowej i o tym, jak silne doznania z seksu, mają wpływ na to co czujemy, kiedy kogoś spotykamy, lub rozmawiamy, chociaż dawno już seksu nie ma. dlaczego o tym wspominam? dlatego, że przejrzałem wszystkie notki, żeby znaleźć to, czym się różnią moich ostatnich kilka wpisów, od tych z „początku”.

miałem parę naprawdę dobrych seksów w życiu. ale jeden utkwił mi tak bardzo w głowie, że prawdopodobnie nigdy go nie będę w stanie wyrzucić. i nie chcę. to był mniej więcej przełom roku 1999 i 2000. byłem wtedy ponad rok z F. właściwie już nie byłem, bo w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że jest mi za dobrze i zaczęło mi to przeszkadzać. dziwne? dziwne. nienormalne? być może, ale znam takich sytuacji na pęczki. po prostu jest Ci za dobrze i zaczynasz szukać dziury w całym. ja szukałem, więc zdecydowałem się na „separację”. po prostu potrzebowałem sprawdzić czy bez niej będzie mi gorzej. było. ale to było za mało, żeby stwierdzić, że chcę wrócić.

na sylwestra wyjechałem ze znajomymi ze studiów: tańce, hulanki, swawole, picie, jaranie, rzyganie, picie, bełkotanie. o dziwo, żadnego seksu. tzn., mówię o sobie, jeśli chodzi o pozostałą część ekipy…

<dygresja>

to nie było kółko różańcowe, do tego stopnia nie było, że pewnej nocy obudziłem się uderzany czyjąć stopą w głowę… to nie była moja stopa, tylko całkiem atrakcyjna stopa kobieca miarowo stukająca mnie w potylicę. na początku myślałem, że ktoś sobie jaja robi… niestety… okazało się, że uderzanie zaczęło przyspieszać a obok zgrabnej nogi kobiecej dostrzegłem dodatkowo nieco mnie atrakcyjną owłosioną nogę męską. poruszającą się w tym samym rytmie. co mogłem zrobić? w pornosie pewnie dołaczyłbym do pary z ofertą „do you need a hand?” i skończyłoby się radosnym threesomem, a gość posuwający pannę byłby prawdopodobnie Łysym z Brazzersa, laska napompowaną silikonem blond lalą z nastrzykniętymi ustami, a ja Jamesem Deenem, z penisem skromnie licząc 25-centymetrowym. jednakowoż, ze względu na to, że była to brutalna rzeczywistość końca lat 90-tych, mamrocząc „Marcin, kurwa, ja tu próbuję spać”, wypełzłem z łóżka w poszukiwaniu czegoś, czym mógłbym ukoić moje skołatane nerwy. Marcin kontynuował… ja w lodówce znalazłem piwo. całe.

</dygresja>

wracam do tematu przewodniego dzisiejszego kazania. ekipa ze studiów wyjazd kończyła 1 stycznia, moi znajomi, w tym F., w tym czasie byli jeszcze w Korbielowie. Z Bielska do Korbielowa jest ok. 35 km w linii prostej. jadę – pomyślałem – co mi tam. spróbujcie pokonać tę trasę w Nowy Rok. publiczną komunikacją. awykonalne, ale jak mówił Łona: „a więc szłem tak, a wysiłek już odebrał mnie głos / oni tam, ja tu, a między nami ta odległość”. po 5 godzinach pokonałem dystans za pomocą stopa, PKSu i PKP. dałem radę. wszedłem do domu, w którym mieszkali znajomi… buzi buzi, flaszka na stół i jest fajnie. piliśmy. z F. patrzyliśmy sobie często w oczy, było w nich coś… coś czego nigdy wcześniej nie widziałem i nigdy więcej już nie zobaczyłem. sam nie wiem jak to nazwać… podziw? pragnienie żebym jej powiedział, ze nowu jest wszystko dobrze i będziemy razem? bezgraniczne oddanie? nie wiem co to było, ale wiem do dziś, że nigdy więcej tego w jej oczach nie widziałem.

w pewnym momencie pod pretekstem porozmawiania, zeszliśmy do czyjegoś pokoju. było mi obojętne czyj to był pokój. jej też. jej, która zawsze zwracała uwagę na to, żeby komuś nie podpaść ani nie zrobić przykrości. jej, która tak zawsze dbała o pozory i żeby ludzie sobie nie pomyśleli nie-wiadomo-co. rozmawialiśmy może 5 minut, a potem przez całą noc kochaliśmy się. zasypialiśmy, potem budziliśmy się i znowu. to trwało chyba z 8 godzin. ludzie dobijali się, bo chcieli wejść do pokoju, żeby iść spać. świat zewnętrzny jednak nie istniał. jakkolwiek cukierkowo-landrynkowo i Paulo Coelhowo to nie brzmi. w każdej sekundzie tej nocy czułem, że ona jest moja. tak, dla faceta to jest bardziej podniecające niż cokolwiek innego: bielizna, zabawki, druga i trzecia koleżanka dające się chędożyć w mniej więcej tym samym czasie (bullshit – większość facetów ma problem z zaspokojeniem jednej kobiety w łóżku, więc życzę powodzenia w zrobieniu tego z dwoma lub więcej).

wróciliśmy do siebie po mniej więcej miesiącu. to, co przeżyliśmy wtedy już nigdy więcej się nie powtórzyło. szkoda.

8614885906_8a82136290_k

(c) for Dan Rocha, downloaded from flickr.com.

salt-n-pepa – let’s talk about sex vs. let’s blog about sex

27 sierpnia 1991. no i doszliśmy do największego hitu Salt-n-Pepa, o którym wspominałem już masę czasu temu w zupełnie innej notce. „Let’s Talk About Sex” to taki banger, o którym marza wszystkie zespoły a tylko niektórym się udaje napisać. to piosenka, która nie dość że ma chwytliwą melodię, jest nieźle zarapowana, to jeszcze w 1991 roku wzbudzała skandal, bo ktoś użył słowa „sex” a jeszcze dodatkowo w wideło był kościotrup z napisem „AIDS”. zabawne, nie? szczególnie w porównaniu do kawałka Nicki Minaj „Anaconda” albo ostatnio video o tyłkach, w którym (podobno) śpiewa JLo i jakaś Iggy Azalea. która ani nie jst czarna ani ze stanów a przede wszystkim nie jest ładna. chociaż ma obiecujące cycki.
no więc banger, bangerem, melodia, melodią, a kontrowersja i tak był najwazniejsza i w ten sposób s-n-p miały hicior na całym świecie, z Australią, Niemcami (o Niemcach będzie niżej, pod teledyskiem), oraz kilku innych mniej znaczących krajach. lubiłem. pisałem już, że 2/3 grupy było ładne? pisałem. wiem, że jako dwunastolatek nie mógłbym powiedzieć „ruchałbym” (w 1991, teraz już jest inacze), ale ruchałbym.
i pamiętajcie. warto rozmawiać o seksie. albo pisać, ale o tym niżej.

——————

czy potrafimy rozmawiać o seksie? czy lubimy rozmawiać o seksie? czy wychodzi nam rozmawianie o seksie? itp.

jak widać, ja lubię pisać o seksie. to trochę terapeutyczne. pisanie o seksie pozwala mi odreagować pewnie sytuacje, które nie pozwalają mi się… zrelaksować? które gdzieś siedzą w głowie i czekają żeby je z siebie wyrzucić. pisanie tego bloga to trochę intelektualna masturbacja. tak, sprawdzam kilka razy dziennie ile osób wyświetla notki. które notki są najbardziej popularne (w tej chwili prowadzi cicha myszka i męski afrodyzjak). tak, jeżeli oglądalność przeskakuję powyżej pewnego poziomu to jestem z siebie zadowolony. jeżeli dowiaduję się, że ktoś poczuł niezdrową ekscytację po przeczytaniu jakiejś notki jestem z siebie zadowolony jeszcze bardziej. nie, nie miałem propozycji łóżkowych związanych z tym co piszę. nie, nie żałuję że nie miałem.

czy będę pisał dłużej? nie wiem, na razie notki się tworzą. zostało mi jeszcze ponad 290 piosenek do opisania, więc muzycznie jest spoko. a życiowo/łóżkowo? sam nie wiem. na razie doszedłem do czasu kiedy mam mniej więcej 12 lat, więc teoretycznie wszystkie najciekawsze „momenty” w życiu jeszcze przede mną. wszystkie gorzej lub lepiej poznane koleżanki, dziewczyny, przyjaciółki. jeszcze sporo rzeczy, które wywarły wpływ na to jaki jestem i jak się zachowuję.

zastanawiam się jak zachować balans i nie przekroczyć granicy, kiedy z faceta, który lubi rozmawiać, robi się erotoman gawędziarz? w momencie, kiedy stanę się niewiarygodny w tym co mówię? kiedy napiszę że mam 25cm naganiacza (nie mam), że przeleciałem połowę Śląska (nie przeleciałem). kiedy co? kiedy będę nudny prawdopodobnie. chyba nie ma dla mnie nic gorszego niż zostanie skończonym nudziarzem, który wciąż tylko myśli o cyckach. które dotykał, dotyka, lub chciałby dotykać. jestem sobie to w stanie wyobrazić. zostanie nudziarzem. jak już pisałem mam bogatą wyobraźnię. do tego taka nie jest potrzebna.

dosyć nudzenia. to całe gadanie o seksie przypomniało mi miły, aczkolwiek zabawny epizod z czasu, kiedy miałem mniej więcej 17 lat. wyjechaliśmy z grupą radosnej młodzieży z mojego LO do Niemiec, do Getyngi na jakieś warsztaty, chociażbyście mnei teraz lali kijem, to za chu-chu nie przypomnę sobie o co w tych warsztatach chodziło. były trzy grupy: Polacy, Niemcy, Włosi. w grupie polskiej praktycznie same laski, oprócz mnie, kumpla i jakiegoś grubaska, który na jego neiszczęście trafił do nas do pokoju. w grupie niemieckiej… w sumie nie wiem grupa niemiecka była dosyć hermetyczna i nie chciała się z nami kolegować. grupa włoska natomiast… grupa włoska to były praktycznie same Włoszki oprócz dwoch czy trzech chuderlawych (wiem, w moich ustach to brzmi zabawnie) gości w rurkach. być może nie byli hetero, nieważne, nie byli konkurencją.

razem z kolegą mieliśmy takie pseudo-wojskowe plecaki, tzw. „kostka”, które jak się okazało mieszczą 10 puszek litrowych piwa faxe (z perspektywy czasu fuj). w pierwszy dzień wyjazdu zrobiliśmy więc zakupy. piwo po powrocie do ośrodka zamelinowaliśmy w szafce. szafkach. każdy swoje 10 litrów. dodatkowo mieliśmy jeszcze jakąś resztkę grasu. podłego. po wyjaraniu lufki, pamiętam tylko, że większość pierwszego wieczora spedzilem na swoim łóżku, rzygając do śmietnika i powtarzając „es tut mir leid” i wybuchając śmiechem po usłyszeniu swojego głosu. koledzy z Niemiec, którzy mieli spać razem z nami w pokoju, szybko wzięli swoje bagaże i przenieśli się gdzieś… nie wiem gdzie i nie interesuje mnie to.

na następny dzień i doprowadzeniu się do porządku, rano wzięliśmy udział w warsztatach, coś tam zjedliśmy, druga część warsztatów i… upragniony wieczór. to było żenujące, pamiętam, że przed wyjazdem kupiłem sobie komplet singli, z będącym wtedy na fali The Prodigy „Breathe”. jako dumni i buńczuczni przedstawiciele nacji polskiej razem z kolegą… tańczyliśmy, praktyczie sami na parkiecie. takie coś na kształt „pogo” z rytualnym wyskakiwaniem do gróy i zderzaniem się klatkami piersiowymi. dwa koguty. jak sobie to teraz próbuję wyobrazić to mogłoby mi być przykro. albo głupio. ale nie jest. wiecie dlaczego?

bo dzięki tym kretyńskim tańcom udało nam się wyrwać dwie najfajniejsze Włoszki. prawdopodobnie podskoki na parkiecie nie były tym co je przekonało. ale ich kombinacja z niezachwianą pewnością siebie, że przecież i tak jesteśmy najbardziej zajebiści z dwóch grup narodowościowych już mogła zadziałać. skończyło się na bardzo przyjemnym mizianiu. kilkunastokrotnym przez resztę wyjazdu. byliśmy tylko obaj bardzo rozczarowani, że doszliśmy do bazy drugiej i pół. i w swej 17-letniej mądrości nie byliśmy w stanie dojść dlaczego „Leo, why”, aż się okazało, że słowo, określające ten niefajny kilkudniowy stan przedstawicielek płci żeńskiej w większości języków jest takie samo.

ale było fajnie. prawie. prawie, bo po przyjeździe okazało się, że zainteresowana mną była koleżanka, która była najładniejszą laską w moim ogólniaku. i prawdopodobnie wystarczyłoby przyjść i powiedzieć: „fajna jesteś”. ale to już temat na zupełnie inną notkę.

 

15389964510_63f0650641_k

(c) for Dan Rocha, downloaded from flickr.com.

 

naughty by nature – o.p.p. vs. nie-smutna historia

24 sierpnia 1991. w sumie o tym kawałku nie mam zbyt dużo do powiedzenia, takie bujające rymowanie na jedno kopyto. z samplami z Jackson 5 i Melvina Blissa. często grane w 1991. oczywiście nie w Polsce, ale jak już się chwaliłem wakacje tego roku spędziłem gdzie indziej więc trochę posłuchałem. o właśnie, kawałek był często grany w „Yo! MTV Raps”. to były te czasy, kiedy był tylko jeden kanał MTV i grał muzykę (przysięgam, że tak było), a nie pokazywał pseudo-reality showy o:

* ciążach nastolatek

* ciążach 60-latek

* życiu celebrytek o nazwisku Kardashian

* ciażach facetów

… i tym podobnych. MTV grało wtedy muzykę, i to całkiem przywoitą muzykę, a nie tylko to za co zapłaciły wytwórnie. było parę całkiem fajnych audycji o muzyce alternatywnej, był „Most Wanted” Raya Cokes, prowadzony na żywo. było fajnie.

z cyklu „słaba ciekawostka na dziś”: jak miałem 12 lat w 1991 to O.P.P. ójek mi rozszyfrował jako „other people’s property”. w wieku 12 lat ójkom się wierzy. wiecie jak się zdziwiłem pisząc tę notkę, sięgnąłem do źródeł i okazało się, zę i owszem, można skrót rozwinąć w ten sposób, jednakowoż są również dwa alternatywne rozwinięcia:

* other people’s pussy

* other people’s penis

czyż nie ciekawsze? a jeśli chodzi o wideo… wideo jest jakie jest, fajniejsze będą za kilka lat, na razie cały czas jesteśmy w estetyce wywodzącej się wprost z lat 80. pamiętajcie. hip-hop na początku lat 90 to jeszcze nie jest złota kura, a pojawiające się od czasu do czasu hity to raczej wyjątki a nie reguła.

————————

dzisiaj będzie historia trochę smutna z w sumie dobrym (mniej więcej) zakończeniem. jakiś czas temu poznałem W. na lotnisku, żeby być bardziej dokładnym. ona leciała do  Mediolanu z przesiadką w Monachium, gdzie ja lot kończyłem. W. jest ładna, blondynka, zgrabna, ładne piersi. 28 lat. nie, nie skończy się jak każdy pornos samolotowy na seksie z załogą w kokpicie samolotu. niestety.

W. jest bardzo bezpośrednią osobą i powiedziała, że jej się podobam. to miłe. nie każda kobieta, z którą rozmawiam mi to mówi. W. mówi to na lotnisku docelowym, więc nie ma to większego znaczenia, bo i tak wiadomo, ze nic z tego nie będzie.

potem z W. rozmawiamy jeszcze kilkukrotnie za pomocą różnych whatsappów i tym podobnych. W. opowiada o swojej młodości, że ma upodobania do SM. że jak miała 18-19 lat, to chodziła do knajp i wyrywała „starszych” facetów, bo ją to kręciło. że lubi ostro, że była w związku z dominującym facetem, który „zmuszał” ją do różnych rzeczy, które ona lubiła robić, a które „normalna” kobieta odrzuciłaby z obrzydzeniem. że ma dziecko i męża, który ją w łóżku traktuje jak dziwkę, ale dla niej to ok.

ja nie lubię krytykować ludzi, bo każdy ma swoje zagwozdki i każdy robi to co lubi. dla mnie jest ok wszystko co nie krzywdzi innych. lubisz coś? znajdziesz kogoś kto lubi to samo? good for you! mimo tego miałem wrażenie, że W. czegoś brakuje, że chęć do bycia dominowaną jest jakby wybrakowana, że coś tutaj jest nie na miejscu.

kontakt nam się urwał. z różnych powodów. generalnie wróciliśmy do rozmowy kilka miesięcy później, przypadkiem. prawie. okazało się, że W. jest dalej ze swoim mężem, ale że sobą już nie śpią. że znalazła faceta na boku, który daje jej czułość i delikatność (i to nie jestem ja, ja jestem raczej wredny z natury) i że jest jej z tym zajebiście. że nigdy czegoś takiego nie miała.

dlaczego o tym piszę? bo ostatnio jakiś taki tryb mi się włączył z myśleniem o tym co by było gdybym, kiedyś podejmował inne decyzje. studia, pierwsza praca, druga praca, trzecia praca, kobiety, którym niepotrzebnie powiedziałem tak albo nie. a co to ma wspólnego z W.? a choćby nawet to, że fakt, że W., w którymś momencie miała takie a nie inne doświadczenia z facetami spowodowało, że nigdy nie miała seksu, w którym facet traktuje ją „dobrze”. zawsze szukałą czegoś mocniejszego, a okazało się, że radość sprawia jej coś całkiem innego, na koniec to znalazła. teraz musi tylko rozwiązać zagwozdkę co zrobić ze swoim mężem i dzieckiem. ale to już nie mój problem.

14861953409_d61f9e54ec_b

  (c) for Joel Nilsson, downloaded from flickr.com.

de la soul – ring ring ring (ha ha hey) vs. przyjaźń damsko-męska

27 maja 1991. z czego to ja się wtedy cieszyłem? w sumie nie pamiętam z czego, ale patrząc z perspektywy czasu 1991, to był ostatni rok, zanim wszystko zaczęło się pieprzyć. z tego co pamiętam to w maju planowałem wakacje w Reichu. czyli znowu miały być batoniki czekoladowe, chipsy, paczki po fajkach, które zbierał dla mnie wujek i puszki po piwie, które zbierali dla mnie wszyscy. pewnie większość osób nie wie o co chodzi z puszkami i paczkami, więc po krótce opiszę – w Polsce nie było wtedy piwa w puszkach ani fajek w kartonowych opakowaniach. jeśli chodzi o fajki to wybór był między caro/zefirami/carmenami/popularnymi/klubowymi. z tych wszystkich w kartonowych opakowaniach można było sporadycznie trafić zefiry i carmeny. taka karma. moja mam paliła carmeny. szpan. w odróżnieniu od popów, które nie miały filtra, a paliła je moja prababcia. z Krakowa. szpan2. prababcia paliła je za pomocą szklanej fifki. to były czasy, kiedy fifka kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z fajkami. jeszcze. tak więc rodzina w Reichu zbierała dla mnie ten syf, który ja przywoziłem do naszego pięknego kraju, puszki układałem na górze meblościanki, a fajki nabijałem szpilkami na styropianową płytę powieszoną nad biurkiem. żaden kumpel tego nie miał. żaden (oprócz tych co wyjechali do Niemiec na fali emigracji w latach 90-91. ja nie wyjechałem, chociaż mogliśmy, zastanawiam się czasem jak moje życie by wyglądało, gdybyśmy jednak wyjechali. ju newer noł.
„Ring Ring Ring” to drugi singiel z drugiego albumu De La Soul. w kawałku DLS pierwszy raz dają wyraz tego że nie jest aż tak fajnie być rozpoznawanym. bo wszyscy chcą przybijać piątki, bo wszyscy chcą, żebyś przesłuchał ich demo tejpów, bo wszyscy chcą być Twoimi kumplami i w ogóle. ale to nie jest beef. ani diss. DLS takich rzeczy oczywiście nie robiło i nie robi. po prostu piszą o tym i rapują. w fajnym stylu. generalnie spuszczają ich na drzewo.
wideo jest nieco inne od poprzednich, o których pisałem – podobne do kilku innych produkcji, które pojawiły się na początku lat ’90, np. „Gonna Make You Sweat” C+C Music Factory. czarno-biała stylistyka, dużo zbliżeń na twarze i slow-mołszynów. jaka epoka, takie video. jest to również jeden z niewielu singli DLS, w których można usłyszeć Mase’a, DJa grupy.

————————————–
 1. kobiety przyjaźnią się z kobietami. stereotypowy obraz takiej przyjaźni jest taki, że psiapsiółki spotykają się na winie i gadają o wszystkim. o swoich byłych, o swoich obecnych, o swoich zabawkach (jeżeli mają), o ciuchach, o kosmetykach, o książkach, o filmach, podstaw dowolny inny rzeczownik. kobiety się wspierają, jak je rzuci chłop, albo nowo poznany facet zaprosi do domu, następnie będzie próbował wychędożyć, a po odmowie i tak powie znajomym że się z nią przespał. kobiety wypłakują się sobie w ramię, jeżeli potrzeba.
2. faceci przyjaźnią się z facetami. faktyczny obraz takiej przyjaźni jest taki, że faceci spotykają się przy piwie i gadają o innym wszystkim. o swoich byłych, o swoich obecnych, o swoich niedoszłych, o dupach, o cyckach, o dupach, potem jeszcze trochę o cyckach i  Scarlett Johansson. o piłce nożnej, siatkówce, ksw, dupach, cyckach. przyjaźnie facetów powierzchownie nie są przyjaźniami (szczególnie z punktu widzenia kobiet), bo jak przyjacielem, może być ktoś kto wita się z Tobą „Cześć Chuju, dawno nie widziałem Twojej zjebanej mordy!”. aha. i faceci nei wypłakują się sobie w ramię. newer. a także w inne części ciała.
powyższe scenariusze są normalne. ale teraz jak to połączyć? czy możliwa jest przyjaźń między facetem a kobietą? jeżeli odejmiemy od tego warstwę powierzchowną czyli kosmetyki, buty, chuje, dupy i cycki, to teoretycznie możliwe, problem jest w tym, że dla mnie przyjaźń powinna być związana ze szczerością. a z tym może być problem.
jest taka teoria, którą gdzieś kiedyś przeczytałem, że zaczyna nam się podobać to co, widzimy codziennie, czyli, łatwiej się zafascynować koleżanką z pracy, uczelni, szkoły niż nowo-poznaną osobą. większość z nas pracuje, ergo spotyka codziennie tych samych ludzi. ergo zaczyna lecieć na tych ludzi (chyba że jesteś hetero-gónikiem dołowym, wtedy masz problem z głowy). z ok. 5 koleżanek, które spotykam na codzień, z 5 byłbym w stanie pójść do łóżka. co nie znaczy że poszedłem/chodzę/pójdę, po prostu chciałbym zobaczyć jak wyglądają bez ubrania. dlatego, że dobrze mi się z nimi rozmawia, i wiem o nich coś więcej niż to jak mają na imie. ale… czy to jest jeszcze przyjaźń? czy gdybym w pewnym momencie do którejś z nich poczuł coś więcej, a ona niekoniecznie (nie dlatego, ze jestem szpetny albo dzisiaj totalnie nieogolony i wyglądam jak bezdomny, ale np. dlatego, że kogoś ma i jest jej dobrze), to czy to by się utrzymało? generalnie w takie sytuacji opcje są dwie, albo idziemy drogą szczerości, rozmawiamy o tym co czujemy i kożelanka może zadecydować: robimy z tym coś albo nie. myślę, że jeżeli pójdziemy w stronę „nie” to przyjaźni szlag trafił. chyba bym nie potrafił szczerze rozmawiać z osobą, która mnie „odrzuciła”. o czym? o piłce/filmach/sadzonkach? no bo raczej nie o uczuciach. jeżeli idziemy w stronę „tak”, to liczymy na to, że od przyjaźni pójdziemy w stronę związku. i tutaj znowu wracamy do kwestii szczerości. nie znam związku, w którym ludzie byliby ze sobą w 100% szczerzy. każdy ma jakieś tajemnice. każdy. obojętnie co by Wam ludzie nie mówili. każdy ma trupa w szafie.
trzecia opcja jaką sobie mogę wyobrazić, to sytuacja, w której, ja do kogo coś czuję i tej osobie o tym nie mówię. i po raz kolejny wracamy do kwestii tego, że moim zdaniem to nie jest przyjaźń, bo wyjęliśmy z tego szczerość. czyli wracamy do punktu wyjścia.
czy więc, moim zdaniem, możliwa przyjaźń między kobietą a mężczyzną?
wersja tylko dla kobiet: jest, ale kroczyć trzeba uważnie jak fakir po gorących węglach. i uważać na to, żeby się nie sparzyć. bo może boleć.
wersja tylko dla facetów: jest, ale dobrze, żeby na poczatku zobaczyć i pobawić się jej cyckami, a potem znaleźć jakieś inne. chuju.
15145958049_fd4f777ae1_k
 (c) for Dan Rocha, downloaded from flickr.com.